Jak spełniłem jedno z moich największych fotograficznych marzeń! I prawie złamałem rękę (o ile jej nie złamałem).
Za zorzą polarną przez kilkanaście lat mojego zawodowego fotografowania potrafiłem jechać i kilkaset kilometrów. Choć to opcja jedynie „dla siebie” bo zawodowo fotografuję ludzi-najczęściej śluby i wesela a od kilku lat dużo więcej np w studiu podczas sesji rodzinnych, wizerunkowych i biznesowych.
Próbowałem kilka razy ale jakoś nigdy nie wychodziło. Ostatnimi latami rzadziej bo zawsze coś. Tak samo było pamiętnego maja 2024 kiedy to wręcz gigantyczna zorza polarna jak na nasze położenie geograficzne zagościła praktycznie na całym naszym nieboskłonie. Nie mogłem i wtedy. I tak to często z tą zorzą zresztą bywa, że nawet jeśli warunki w kosmosie teoretycznie świetne! (burze geomagnetyczne i inne takie-takie 😉 ) to często i tak finalnie nie widać jej w Polsce. Bo albo chmury, albo chmury, albo chmury albo coś.
Poniedziałek 19 stycznia około godziny 21 Karol Wójcicki z Głową w gwiazdach na swoim Facebooku pisze o kapitalnych szansach na zorzowe przedstawienie i w Polsce. Jadę! Karol to mega zajawkowicz-super popularyzator kosmosu-sprawdźcie go-bo bardzo warto!
Jest późno a ja sprzęt mam w studiu i szanse na to, że zdążę maleją z każdym kwadransem. Za oknem około -10C a w prognozach w okolicach naszego Płocka -15C. W termos nalewam kawę, w termofor wrzątek, wskakuje w drugą parę spodni, wciągam zimową drugą parę skarpet, na koszulę zakładam polar i biegiem do studia. Jest ślizgo a nawet bardzo. Jak na złość mam całkowicie rozładowany telefon i 5% baterii nie wystarczy na długo. A żaden kabel do ładowarki nie działa. Sprzęt mam w studiu więc jadę na Grodzką, rozbrajam alarm w Pasażu i wbiegam korytarzem do studia. Żebym tylko o niczym nie zapomniał. Zabieram Nikona Z6II, 20 i 35mm, do tego kamerę Insta360 X5, dwa statywy, drona, zapasowe baterie i znowu pędem do samochodu. Oby kabel do ładowania, który zabieram z pracy zadziałał.
W międzyczasie w głowie robię szybką kalkulację wszystkich za i przeciw w opcjach czy zostaję w Płocku gdzieś na skraju miasta czy jednak jadę dalej. W relacji na FB Karol trąbi, że zorza jest tak silna, że widać ją nawet w miastach. Takie rzeczy nie zdarzają się często! Podejmuję jednak decyzje żeby jechać do Miałkówka nad Jezioro Lucieńskie w miejsce z którym dzięki moim rodzicom od dobrego roku czuję się mocno związany i które całkiem nieźle przez ten rok poznałem. Biegowo, spacerowo czy z wody z SUPa. Uwielbiam tam być!
Na szczęście kabel działa. Powoli ale jednak telefon ładuje się. Samemu, w ciemnym zaśnieżonym lesie-w środku nocy jednak fajnie byłoby mieć kontakt ze światem. Mam 30km do celu.
Teoretycznie około godz 22 może być zorzowy pik więc jeśli zorza nie potrwa długo mogę nie zdążyć. Spróbujemy! Już w okolicach Nowego Duninowa jadąc pomiędzy ciemnymi lasami widzę zielonkawe smugi zorzy. Zastanawiam się czy to w ogóle możliwe czy po prostu to moje marzenia robią mi w głowie takie rzeczy 😀 Bo zielone w zorzy to w Polsce już w ogóle rzadkość! Faktycznie widać zorzę! Gołym okiem! Czegoś takiego w życiu nie widziałem! Do celu mam około 10km i biję się z myślami czy zatrzymywać się w środku lasu bo co jeśli za chwilę się skończy i jak dojadę na miejsce będzie po wszystkim?! Próbuję! Nie ma opcji nadganiania bo na drodze jest nadal mnóstwo lodu a zwierząt przechodzących przez drogę z jednego lasu na drugi las widziałem tu ogrom.
Skończył się gaz w samochodzie. Super. Teoretycznie powinienem mieć jeszcze trochę paliwa ale ten wskaźnik działa ostatnio jakoś dziwnie. 5 kilometrów trwa niczym wieczność. Dojadę. O powrocie będę myślał później. Wszędzie jest ciemno ale na niebie nic już nie widzę. Skończyło się, nie ten kierunek, czy zasłaniają drzewa? Kolejne minuty wloką się niczym kwadranse.
Dojeżdżam w okolice pomostu w Miałkówku, zarzucam kolejną bluzę, biorę torbę, plecak-obym niczego nie zgubił! Jest cholernie ciemno! I zimno. Termometr pokazuje -13C. Nad jeziorem nie jestem pierwszy. Jakaś para robi zdjęcia. Później przychodzą kolejne osoby z telefonami.
Czuję rosnącą frustrację bo totalnie nic mi nie wychodzi. Fotografuję w pełnym manualu. Jak zawsze. 2.8-10 sekund naświetlania, 15-20sek próbuję różnych opcji. A zorza centralnie na wprost nas widoczna jest gołym okiem! Widok rozwala system! Próbuję ręcznie ostrzyć ale znowu nie tak. Nieskończoność tu gdzie być powinna ale jednak kolejne zdjęcie jest totalnie nietrafione. Na solidnym statywie stawiam kamerę 360 i próbuje zrobić i filmy choć to moje pierwsze z nią próby jeśli chodzi o astrofotografię. Pierwszy podgląd z Insta360 i jej wow! Przynamniej tu. Walczę dalej z 20mm. W końcu trafiam i coś zaczyna wychodzić i z większego aparatu.
Zamarzniętym brzegiem jeziora idę w jego głąb, wzdłuż brzegu. W dzicz. Jestem sam. Tu już nikogo nie ma. I choć jestem metr-dwa od brzegu a wody pewnie pode mną jest jakieś raptem 50cm z czego teraz pewnie duża jej część to lód po którym idę przypomina mi się szkolenie lodowe nad Sobótką w którym kiedyś uczestniczyłem. Chyba nawet więcej niż raz. Ogólnie jak by ktoś Wam kiedyś zaproponował wskoczyć jako pozorant do przerębla w ubraniach podczas ćwiczeń służb to nie nie polecam 😉 Ale co poznałem jakie to uczucie to moje 😉 Idę dalej.
Znam te brzegi dobrze z SUPa a i dosłownie dzień wcześniej spacerowałem tu przed bieganiem. Po ciemku szukam powalonego na taflę jeziora drzewa, które dopiero co gdzieś tu widziałem. Będzie wyglądało mega! Za moimi plecami i trochę bardziej „w bok” jest przepiękny Rezerwat przyrody Komory z pomnikowymi dębami i niewielką skarpą schodzącą do jeziora. Jeśli nigdy tu nie byliście to przyjedźcie bo warto! Albo lepiej nie-bo będzie nas tu za dużo 😉 Co chwilę zatrzymuję się na kilku minut i robię kolejne zdjęcia. To wszystko długo trwa. To nie jest cyk telefonem.
Nie mogę uwierzyć w to co widzę na ekranie aparatu. Już wiem, że spełniło się jedno z moich fotograficznych marzeń i mam wreszcie wymarzoną zorzę na zdjęciach i ja! W Polsce! Pod Płockiem!
Minęła dobra godzina albo i dłużej i robi się jeszcze zimniej. Kawa ratuje. Termofor niestety jest już zimny. A najgorsze jest to, że przestała działać czołówka. Dochodzi północ. Gdyby nie śnieg nic by nie było tu widać. Wyobraźnia gra na całego. Za moimi plecami gdzieś w oddali na wsi słyszę ujadające psy, z drugiej strony jeziora gdzieś od ośrodka prezydenckiego (swoją siedzibę ma tu i Prezydent RP) słychać ogromne stada ptaków siedzące gdzieś na lodzie. Co jakiś czas lód wydaje niesamowite potężne! dźwięki. Przypomina mi się Islandia, którą w 2008 fotografowałem z roweru. Niesamowite uczucie! Potęga natury. Kiedyś je nagram.
Na moją grupę Arek Gmurczyk #zPamiętnikaFotografa podjarany tym co widzę na wyświetlaczu aparatu wrzucam krótką relację + coś w relację na Instagram. Tak bardzo się cieszę! Czekałem na to tyle lat!
Dochodzi godzina druga, zorza nadal jest widoczna choć raz lepiej-raz gorzej a rękawiczki przestały zdawać już egzamin. Mam totalnie zdrętwiałe palce-pora powoli wracać w kierunku samochodu.
Torby na plecy, statywy z aparatami w rękach (palce mam tak zdrętwiałe, że nie jest w stanie schować w tej ciemności sprzętu do toreb) – kierunek szosa. Jest totalnie ciemno. Zorzy już praktycznie nie widać. Minąłem pomost gdzie zaczynałem. Zero żywej duszy. W sumie normalni ludzie to dawno już śpią a zabudowań tu niewiele. Podchodzę pod górkę, widać wreszcie cywilizację, do samochodu przy szosie mam jakieś 10-20m i nagle gleba! W ciemnym lesie z którego wychodzę nie zauważyłem małego kałużowego lodowiska i z pełnym impetem zaliczam glebę na lód. Już sam nie wiem czy próbowałem ratować sprzęt w rękach czy bardziej siebie-upadam na prawą rękę i pech chce, że i na łokieć. Dosłownie kilka metrów od samochodu. Po tym jak przez ostatnich kilka godzin zrobiłem pewnie ze 2000 kroków po lodzie bez najmniejszego problemu a i trochę powalonych drzew musiałem tam pokonać 😀
Przez dobrą chwilę nie wiem jak się podnieść. W ciemnicy próbuje zobaczyć czy obie kamery są choć wizualnie całe no i czuję, że dość mocno boli mnie ręka. Oby była cała. W styczniu mam jeszcze i sesje w studiu i zaraz WOŚP i nagrywamy i filmy…milion myśli pojawia się w głowie. Powolutku do pionu i do samochodu. Sprzęt wydaje się cały a adrenalina znieczula skutki upadku. Jest 3 rano zostaje jakieś 30km do domu i pytanie w głowie czy rano będzie bardziej bolało. Wiem jednak, że było warto 😀
W domu jestem przed 4 rano i jestem tak podjarany, że nie mogę zasnąć choć wiem, że za niecałe 4h muszę wstać i jechać do studia, po tym jak wyprawię wcześniej młodszego syna na urodziny kolegi w kinie.
Budzę się jeszcze przed zegarkiem i czuję, że ręka boli niestety mocniej. Wizualnie wygląda dobrze ale stwierdzam, że jeśli nie będzie poprawy to popołudniu jadę do szpitala. Jest godzina 21 kiedy publikuję ten wpis z ręką jest już dużo lepiej, nie widać żadnej opuchlizny więc stwierdzam, że będę żył.
I tym bardziej cieszę się, że spróbowałem! Dzięki Karol-duża kawa w Buy Coffee poleciała 😀
Teraz czas na żubry na śniegu.

Zorza polarna widoczna w Polsce. Styczeń 2026r fot Arek Gmurczyk

Zorza Polarna widoczna na Mazowszu

Miałkówek Jezioro Lucieńskie





Jezioro Lucieńskie fot Arek Gmurczyk
